poniedziałek, 30 grudnia 2013

Mała " reklama "

Lubisz modę? Szukasz porad w sprawie ubioru i urody? Zajrzyj na tego bloga a nie pożałujesz ! Sławna blog-erka doradzi Ci w wielu sprawach!

Trochę odemnie

Hej! Mój ostatni post był straaaaaaaaasznie dłuuuuugi. Ale to z konieczności bo dzielenie tego jeszcze raz na pół bylo by już nie do zniesienia, więc sorry. Byłą to ostatnia część Nuciarki. dlaczego z dedykacją ? Ponieważ bez Agi ta część by nie powstała. Dzięki najmilsza!

Nuciarka cz. IV - Z dedykacją dla Agi :)

Dwa lata później.

Czy żałuję? Tkwi we mnie pewne uczucie, nie określone zresztą do pewnego stopnia ale… Nie, nie nazwała bym tego, żalem, tęsknotą czy innym podobnym odczuciem. Jest to raczej… coś na kształt tego co czujemy po zmianie, domu na większy, lub pracy nie lubianej na tą wymarzoną. Jesteśmy szczęśliwi nowym otoczeniem ale wciąż nie możemy przyzwyczaić się do tego nowego. Tak też teraz jest i ze mną. Nie mówię, że nie lubiłam swojej roli ochroniarza-śpiewaczki ani, że nie kochałam tych ludzi. Byli dla mnie jak rodzina. Której nigdy do końca nie poznałam. Wciąż nie wiem, kim  n a p r a w d ę  była moja opiekunka. Nie wiem, czy Neal mnie tylko tolerował, czy lubił. Nie wiem nawet ile lat miał Edet. Pamiętam za to, że Eleonora, uwielbiała morze, że nad morzem się urodziła i wychowywała. Wiem także, że jej ojciec był kupcem a córki wyrzekł się zaraz po tym jak odkrył jej talent. Za nią najbardziej tęsknię. Morał? Im bardziej kogoś poznajesz, tym bardziej się do niego przywiązujesz.
            Co jest teraz? Teraz mam  d o m . Ten prawdziwy. Jak do tego doszło? No więc, żeby to wyjaśnić musiała bym cofnąć się pamięcią do czasu o którym próbuję zapomnieć. Nie dla tego że jestem niewdzięczna. Ja nie umiem, pamiętać o przeszłości i żyć teraźniejszością…
            Po wielkiej ucieczce z Pałacu i napaści rabusiów na nasze obozowisko, wyruszyliśmy w dalszą podróż do miasta, Restly. 
- Tu się rozstajemy. – powiedział Neal. – No Saeyl, musisz zacząć żyć własnym życiem. Jesteś już dorosła a my starzy. Eleonora też nie może cię niańczyć całe życie. – tak więc pożegnałam się ze wszystkimi, ale kiedy Elea wtulała twarz w moje włosy, łzy skapywały z jej szklanych oczu, a ona sama powiedziała mi jeszcze przed odejściem. – Pamiętaj, kim jesteś, co potrafisz i kogo kochasz.
- A kim jestem? – spytałam.
- Moją przyjaciółką i siostrą zarazem.
- Siostrą? – Eleonora uśmiechnęła się do mnie.
- W naszych żyłach nie musi płynąć ta sama krew, wystarczy że duchem jesteśmy takie same.
- Dziękuję. – szepnęłam
- Nie ma za co siostrzyczko. – odszeptuję.
- Czas na nas. – powiedział Iluzjonista. – Niech muzyka nigdy nie gaśnie w twych uszach! – pożegnał się Neal.
- Żegnajcie. – po tych słowach odwróciłam się w swoją stronę i ruszyłam na zamek. Tam szukałam pracy w kuchni, lub jako służąca. Lecz kiedy minęłam bramę pałacową wzięto mnie tam za zaginioną księżniczkę. Nie zaprzeczałam. Do czasu aż okazało się że owa księżniczka miała poślubić tamtejszego księcia. Wtedy zaczęły się kłopoty.
- Ale ja naprawdę jestem tylko wędrowną śpiewaczką! – tłumaczyłam.
- Ależ, proszę Panienki, Panienka uderzyła się w głowę i na pewno nic nie pamięta. Spokojnie niech panienka odpoczywa niedługo sobie przypomni. – służąca tego zamku była przemiłą aczkolwiek, mało rozgarniętą osobą.
- Och! No oczywiście! Już sobie przypomniałam, możesz odejść, dziękuję. – służąca dokładając do ognia nagle zaprzestała tamtej czynności i spojrzała na mnie.
- Naprawdę?- spytała z zaskoczeniem.
- Tak już wszystko pamiętam. – musiałam się jakoś jej pozbyć potem już tylko przez okno na dziedziniec i…
- Noż to cudownie! Ja w takim razie biegnę do księcia! Może ślub się prędzej odbędzie?! – i wybiegła zostawiając mnie samą.
- No pięknie. Jeszcze tego mi brakowało. – szybko wyjrzałam przez okno. – Droga wolna. – szepnęłam do siebie. Schodziłam ostrożnie aczkolwiek w pośpiechu i to był mój błąd. Noga nie trafiając na gzyms pośliznęła się a ja upadłam na ziemie jak długa. Nie żeby było wysoko. Ja najzwyklej spadłam wprost pod nogi…
- Książę! Tutaj! Co za niespodzianka! – uśmiechnęłam się najpiękniej jak umiałam.
- Witaj. Roksano, mam rację?
- No właśnie, wasza wysokość bo to długa historia… ja wytłumaczę.
- Czy to długo potrwa? – książę uśmiechnął się szelmowsko.
- Nie, raczej… znaczy, tak, bardzo długo i…
- W takim razie zapraszam do mojej komnaty. Wszystko mi opowiesz…
- Saeyl, Wasza Miłość… - księciu opowiedziałam caaałą moją historię, od incydentu w Pałacu aż do tamtej chwili. Czemu aż tyle? Nie wiem. Książę słuchał, ja mówiłam i tak to się potoczyło…  Po tym jak mnie wysłuchał stałam się jego wychowanką, podopieczną. Po nie całym roku zostałam jego królową. Zabawne, ale czasem życie bywa bajką…
- Wasza Wysokość. – jeden ze służących ukłonił się nisko i wszedł głębiej do Sali.
- Tak? – spytałam przerywając opowieść. – dzieci idźcie się pobawić do ogrodu. – lokaj, poczekał aż dwójka chłopców wybiegnie radośnie na zewnątrz.
- Przybyła, jakaś kobieta i prosi o audiencję, twierdzi, że jest krewną Waszej Królewskiej Mości.
- A jak się nazywa? – moje serce zabiło mocniej.
- Eleonora.

niedziela, 29 grudnia 2013

Kopciuszek - trochę inaczej ;)

Dawno, dawno temu… no może trochę wcześniej, za górami, za lasami… no może nie tak daleko, żyła sobie macocha. Z tytułu i charakteru. Macocha miała trzy córki w tym jedną pasierbicę. Jej ojciec zmarł śmiercią straszną. Obudził się w złym miejscu o złym czasie i zobaczył swą żonę bez makijażu. Niestety, to był zawał. Mężczyzna zginął na miejscu.
            Wracając do macochy. Powiedzmy sobie szczerze. Nie była to kobieta urodziwa ani specjalnie błyskotliwa, dość rozrzutna bo willa popadała w ruinę. Za to na córki wydawała majątek. Co do małej sierotki Jule zwanej również Kopciuszkiem, muszę przyznać jej żywot nie malował się w różowych barwach. Od śmierci jej ojca była na każde skinienie M&S, ( macochy i sióstr) zajmowała się gospodarstwem, sprzątała, gotowała, no po prostu pełen pakiet. Mimo wszystko Jule zawsze była pogodna i znosiła wszystko z melodią na ustach…
Każdego czwartkowego popołudnia, kiedy macocha i jej córki wychodziły Kopciuszek zostawał sam z masą pracy. Oczywiście pomagały jej słodkie zwierzątka, które wylizywały talerze do czysta prały ubrania w rzece i zamiatały podłogę puszystymi ogonkami… Taka jest wersja dla dzieci ale ja i tak podejrzewam ją o firmę sprzątającą, bo dziczyznę to ona jadała na kolację. Bądź co bądź gdy tylko miała wolne, dziewczyna wychodziła do ogrodu i tam przy płocie spędzała czas na rozmowie z zaprzyjaźnionym ogrodnikiem sąsiadów, Coinem. Był to chłopak o blond włosach, zielonych oczach i dość „interesującym” wyrazie twarzy. Wszystkie swe nie doskonałości zdawał się rekompensować poczuciem humoru, spokojnym uosobieniem i ogólnie urokiem osobistym. Jule każdą wolną chwilę spędzała właśnie z nim. Chodź nie zawsze gdyż bywały i takie dni kiedy wolała towarzystwo siedmiu zabieganych karłów i Śnieżki, która po latach błogiego spokoju przypominała białą bezę. Pewnego dnia przybył jeden z dworzan Króla z informacją, iż wszystkie panny na wydanie mają stawić się nazajutrz na balu na, którym Książę wybierze sobie żonę. W tymże dniu kiedy przybył posłaniec M&S nie było znów w domu. Kopciuszek nie była specjalnie wredna ani mściwa lecz gdy nadarzała się okazja by im zrobić na złość zwykle jej nie przepuszczała. Tym razem postanowiła, że nie będzie niepokoić macochy i pojedzie sama…
            Następnego dnia miał odbyć się owa impreza na który przybyć miały damy z czterech stron świata. Jule  gdy tylko M&S zasnęły pobiegła by przyszykować karocę i wóz niestety, uświadomiła sobie, że nie ma sukni, no a przecież w tej nie pojedzie. Zapłakana i zawiedziona Kopciuszek pobiegła na grób ojca by wyżalić się nocy…
 Nagle, mad jej głową coś zaszeleściło, zabłyszczało i jej oczom ukazała się młoda, jasnowłosa dziewczyna z pełnym makijażem. W ręku dzierżyła purpurową różdżkę a zza ramion wychylała się para skrzydeł.
- ktoś ty? –zaskoczony Kopciuszek podniosła oczy na istotę siedzącą na drzewie po turecku.
- Diana, twoja najlepsza Dobra Wróżka, we własnej osobie a ty pewnie jesteś Jule?
- tak, tyle, że ja myślałam, że dobra wróżka jest starsza –przyznała
- ach te stereotypy… ciotka nie mogła się zjawić. –dziewczyna sfrunęła z drzewa i zmierzyła klientkę wzrokiem. –jaki masz rozmiar złotko? No bo wiesz, nie wypada się spóźnić, prawda?
- o czym ty mówisz? –spytała zaskoczona
- jak to o czym. O balu ma się rozumieć! No ale widzę, że ktoś tu niema kiecki, hę? –po tych słowach zamachnęła się różdżką i po chwili stała przednią ta sama Jule w zupełnie nowej przepięknej czerwono-zielonej sukni z motywem arbuza. –podoba się?
- tak, nawet bardzo, dziękuje ale teraz już muszę lecieć bo się spóźnię a nie wypada. –Kopciuszek uśmiechnęła się do Diany porozumiewawczo i pobiegła ku karocy.
- Jule! – krzyknęła –zapomniała bym. Pamiętaj, wróć przed północą dałam ci w prezencie woźnicę ale jest płacony do pierwszej ale musi cie jeszcze przywieść z powrotem.
- dzięki! – po tych słowach dziewczyna zatrzasnęła drzwi i ruszyli.
            Na dziedzińcu gromadziły się już tłumy. Jule wędrowała  korytarzami aż doszła do wielkiej Sali balowej gdzie po zaanonsowaniu zeszła szerokimi marmurowymi schodami. I właśnie wtedy on ją ujrzał. Dziewczynie wydawało się, że dosłownie do niej płynie. Nagle stanął, ukłonił się i… uśmiechnął. Nie wiedziała gdzie spojrzeć. Co przystanek to ząb.
            Szczerze? Jeszcze nigdy nie widziałam żeby ktoś tak szybko biegał w dziewięcio centymetrowych szpilkach. No ba, a były od Gucciego. Kiedy kopciuszek dotarła do karocy sama usiadła za sterem i popędziła konie na wszelki wypadek, gdyby czasem  Księciuniowi wpadło do głowy by ją czasem gonić.
            
                              Epilog

O swoim wyjściu nikomu nigdy nie mówiła. Po paru miesiącach Coin poprosił Jule o rękę i razem uciekli do dalekiej rodziny Kopciuszka, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie! ( oprócz macochy i wrednych sióstr).

K.S.P - Luer i Wyspa

Pierwszy dzień w Gatlin a ja już miałam plan...
Po obiedzie moi rodzice ogłosili że wybierają się do sąsiadów na grilla i wrócą pod wieczór. Jasne, już to widzę. Znałam ich nie od dziś i wiedziałam że wrócą późną nocą. Tak więc kazałam spakować moi kumpelom apteczkę, suchy prowiant i swetry gdyby się zrobiło chłodniej. Najlepsze było to że nie ujawniłam dokąd się wybieramy…
- Czemu nie chcesz nam powiedzieć? – dopytywała się Kate. – i tak się w końcu dowiemy.
- No bo to niespodzianka! Jak miała by być niespodzianką skoro będziecie wiedzieć co to za niespodzianka, hm?
- A jak twoi rodzice wrócą wcześniej? – oczywiście Alexis nie była przekonana choć nawet nie wiedziała co się kroi.
- Nie wrócą. Będą tam ich znajomi i reszta sąsiadów. Szykuje się większa impra. Dobrze o ile wrócą dziś. – tak więc dziewczyny (niezbyt przekonane ale z braku innej możliwości bo zostać same w namiocie chyba też nie chciały) ruszyły za mną wzdłuż rzeki.
- Daleko do tej NIESPODZIANK? – spytała Mag. – bo wiesz, robi się coraz ciemniej.
- Spokojnie. Widzisz ten stary most kolejowy na horyzoncie?
- I to tam idziemy?
- Nie, po prostu musimy nim przejść. Potem na drugim brzegu cofniemy się trochę i będziemy na miejscu. Spodoba wam się. – i tak w ciszy przeszłyśmy tą drogę do mostu. Potem zaczęły się „schody”.
- Jak ty chcesz wejść na ten most? Przecież tu nawet nie ma schodów.
- No pewnie, że nie ma schodów. Po co komu schody w szczerym polu prowadzące na sypiący się most? Musimy się tam wspiąć. – ja mając (nie wielką ,ale zawsze) wprawę rozpędziłam się wskoczyłam na stromy wał i chwyciłam się małej brzuski rosnącej w połowie drogi. Resztę przeskoczyłam odbijając się od drzewka.
- A co z nami? – Margaret spojrzała na mnie z ukosa. – jak mamy tam wejść?
- Nie możecie tak jak ja ? – tym razem wszystkie trzy spojrzały na mnie jak niespełna rozumu. – No dobra. Żuć mi plecak. – Mag odsunęła się o krok i z pół obrotu wyrzuciła plecak w górę. Chwyciwszy go wyjęłam z niego linę, którą wcześniej wzięła Kate. Jednak się do czegoś przyda.
- Wchodźcie. – jeden koniec przywiązałam do drzewa, drugi zrzuciłam im. - Alexis jako pierwsza wdrapała się na górę poczym rozglądając się spytała;
- To gdzie ta niespodzianka?
- O tam. – powiedziałam, wskazując kępę drzew kilka metrów dalej. – Pośpieszcie się, nie lubię chodzić po tej stronie rzeki w ciemnościach. – odwróciłam się i ruszyłam w wskazanym przeze mnie wcześniej kierunku. Droga nie była długa, więc chwilę później byłyśmy na miejscu. Przed nami rozciągała się łąka a dalej pola, po prawej wysoki na pięć metrów wał. Po lewej zaś miałyśmy rzekę. Stałyśmy nad brzegiem zatoczki dość zarośniętej ale mimo to zaczęłam się przedzierać przez zarośla.
- Dalej, ruszcie się nie mam zamiaru spędzić tu nocy. – Cała trójka choć niezbyt skwapliwie ruszyła w moim kierunku. Za trzcinami ukryta była kłoda łącząca brzeg i…
- To wyspa! Jak ją znalazłaś? – Alexis z szeroko otwartymi oczami zbiegła z kładki i zeskoczyła na ziemię.
- To nie ja ją znalazłam tylko moja koleżanka. Wiele lat temu kiedy pływałyśmy z jej wujkiem łodzią po rzece utknęliśmy na mieliźnie właśnie przy tej kępie trzcin. Wyszliśmy na brzeg i znaleźliśmy to.
- Rozpalimy ognisko? – spytała Alex ruchem głowy wskazując palenisko na środku i pniaki dookoła.
- Jasne. Zwędziłam z domu chleb. Kiełbasy niestety nie było. – ogień rozpaliła Mag bo tylko ona miała zapałki, poczym siadając spytała.
- Czy tylko my wiemy o tej wyspie? Znaczy, oprócz tej twojej koleżanki?
- Tak. Ale to tajne miejsce i dziwę się że wy tu jesteście. – wszystkie jak na komendę aż podskoczyłyśmy. Cała wyspa ciasno otoczona była zaroślami, nie byłyśmy więc w stanie zauważyć jak ktoś się zbliża. Bo przy wyjściu stał Luer.
- Spoko, one są tu przejazdem. Nie należą do bandy Diany. – powiedziałam.
- Do kogo?
- Gatlin to mała miejscowość. Są tu tylko dwie szkoły. Gimnazjum i liceum, podstawówka jest w pobliskiej wsi. Każdy z tych szkół (oprócz podstawówki) należy do „elity” Diany Sirth, czyli tych starszych albo do bandy Luer’a. Luer jest bratem bliźniakiem mojej koleżanki, która znalazła tą wyspę. Amandy. Dlatego o niej wie. – dopowiedziałam.
- Bliźniacy nie mają przed sobą tajemnic. – chłopak obrzucił dziewczyny swoim „magicznym” uśmiechem.
- A ty? – Mag zaciekawiona oderwała wzrok od przybysza i spojrzała na mnie. – Do której należysz?
- Ja tu nie mieszkam, ale że bywam tu dość często i znam znaczną część Gatlin’skiej młodzieży jestem kimś w rodzaju łącznika między jednymi a drugimi.
- Jest uniwersalna ale raczej należy do nas. – wtrącił Luer, poczym patrząc na zegarek odwrócił się do wyjścia  – Nie żebym was wyganiał czy coś ale jest już ciemno, jak chcecie to was kawałek odprowadzę.
- Dzięki. Chodźcie, dziewczyny  tylko zgaście ogień. – I tak ruszyliśmy w drogę powrotną rozmawiając i śmiejąc się gdy nagle…
- Słyszeliście? – szepnęła Alexis – coś jakby warczenie.
- Dziewczyno nie strasz – Luer uśmiechnął się szyderczo.
- Nie, no. Ja mówię serio -  wszyscy powoli odwróciliśmy się we wskazanym wcześniej kierunku.
- Ale tu nic nie ma. Zdawało ci się. – Katerin nie wyglądała na przekonaną.
- Ej, dziewczęta. Nie chce wam niszczyć poglądów politycznych która ma rację ale według mnie powinniśmy zrobić odwrót taktyczny. Nie inaczej. – powiedział powoli Luer.
-  Że co?
- Wiejcie! – jak jeden mąż rzuciłyśmy się w kierunku z którego przyszłyśmy. Niestety nie wszystkie biegaliśmy jak maratończycy.
- Mag!! Pośpiesz się!!
- Ja… już… po prostu… nie mogę! – Alexis podbiegła do niej, wzięła za rękę i razem ruszyły pędem. – po chwili wszyscy znaleźliśmy się na starych torach.
- A ze mną to tak wchodzić nie łaska? – wysapałam.
- To akurat… było wejście… ewakuacyjne… - odpowiedziała równie zmęczona Al.
-  No a czy ktoś wie co to było?
- Psy. – odparł chłopak.
- Acha. To dużo wyjaśnia.
- A tak na serio – podjęłam rozmowę –psy starego Witmora. Ten stary wariat ma leśniczówkę po tej stronie rzeki. Musiał spuścić swoje wilczury na noc, które zapuściły się aż tutaj. 
- Daleko stąd do tej leśniczówki zapytała Mag, która już ochłonęła i miała ochotę nagadać właścicielowi tych zwierząt. Mag jest bardzo podobna pod tym względem do swojej babci. W sumie? Żal mi już tego człowieka.
- Nie wiem i nie zamierzam tu stać i czekać aż te bestie nas dopadną. Idziecie ?
- Wy tak. Ja muszę się tu z wami pożegnać.
- Ale jak to? Chyba nie zamierzasz tam wracać?
- Nie, nie zamierzam. Dzięki za troskę. – Luer uśmiechnął się a Kate oblana rumieńcem dołączyła do mnie, gotowa wyruszyć w drogę.
- Mieszkam po drugiej stronie wału. Tam w tych domkach. – mówiąc to wskazał migoczące światła kilkadziesiąt metrów dalej.
- I my musimy już wracać. Trzymaj się,   . – uśmiechnęłam się tajemniczo i ruszyłam w kierunku drugiej strony mostu. Dziewczyny po krótkim pożegnaniu poszły w mój ślad.
- Łowco?

- To długa historia. Ale to już nie na dzisiejszą noc. – a noc była piękna. Niebo iskrzyło się tysiącem małych gwiazd i gwiazdeczek. A przed nami lśnił księżyc. I tylko dalekie nawoływanie sokołów mąciło nie przerwaną ciszę w Gatlin… 

Klub Srebrnej Podkowy

Nazywam się Ridley i postanowiłam podzielić się z innymi wspomnieniami z lat młodości w których dużą rolę odegrały moje przyjaciółki. Alexis, Mag oraz Katerin. Alexis, prawdziwa altruistka. Mag wojowniczka jakich mało, lekko zakręcona ale można było na niej polegać. Kate miłośniczka zwierząt i dużych i małych, też normalna nie był ale pod tym względem wszystkie byłyśmy podobne. Ja… no cóż. Niczym się nie wyróżniałam. No, może poza tym, że miałam całą masę szalonych planów ale i tak na pomysł naszej bandy wpadła Kate. Tak, miałyśmy nawet własną bandę. Klub Srebrnej Podkowy, w skrócie K.S.P. Na razie opowiem wam o czarnych charakterach tej historii ( no bo każda takowe posiada ). Na pierwszy ogień idzie tutaj babcia Mag. Stara kombinatorka, wszędzie musiała wetknąć nochala i bez przerwy narzekała. Chyba do drugiej klasy gimnazjalnej, odprowadzała ze szkoły do domu swą kochaną wnuczkę czym nas strasznie wnerwiała ( najbardziej rzecz jasna Margaret ). Później było jeszcze parę wrednych typków ze szkoły podstawowej ale w gimbazie jak się wtedy mawiano nie zabrakło debili. Co do rodziny to dopowiem jeszcze, że Alexis miała dwóch braci starszego i młodszego ( na szczęście o ile wiem nie sprawiali jej wtedy zbytnio problemów). 
Teraz gdy już wszystko wiecie ( może nie wszystko ale na razie tyle wam musi wystarczyć ) mogę przejść do tak zwanej treści właściwej. No więc, gdy tylko założyłyśmy KSP zaczęłyśmy kombinować. Najpierw szukałyśmy bazy w której mogły byśmy poczuć się jak w prawdziwej kryjówce. Niestety po żmudnym przeglądzie miejsc ewentualnych nic nie wymyśliłyśmy bo wszystkie mieszkałyśmy dość daleko od siebie. Dopiero potem udało się coś wymyślić choć i tak łatwo nie było… Największa heca była w wakacje lub też ( rzadko ale jednak ) na szkolnych wycieczkach. Pierwsza z takich naszych „większych akcji” przydarzyła nam się na samym początku pierwszej klasy na jednej z dwudniowych wycieczek z klasą. Miałyśmy wtedy takiego jednego George’ego w szkole. Głupi był jak but, ale żeby nam dokuczyć zawsze odpalał te swoje trybiki w czaszce ( no mózgiem to tego nazwać nie można było ). Bądź co bądź  opowiem wam tą ( i jeśli będziecie chcieli ) jeszcze parę innych historii Jeźdźców Szlachetnego Rumaka ( tak o sobie wtedy mówiłyśmy ). No, to co? Jedziemy z tym koksem!
Mały wyskok
Blade promyki słońca prześwitywały przez zasłony. Na korytarzu słychać było już krzyki i śmiechy, a z dworu do pomieszczenia wpadało dość ciepłe powietrze, choć było jeszcze grubo przed ósmą. Trzy, zaspane dziewczyny mrużyły oczy kiedy odsuwałam zasłony. Nasz pokuj mieścił się na parterze więc miałyśmy dobry widok na łąkę przed ośrodkiem. Katerin zwlokła się z łóżka i pomaszerowała do łazienki, zaś mi pozostało budzenie Mag. Swoją drogą dość nie wdzięczna robota. Nie spóźni się na śniadanie ale mi…
-Ej no! Nie, odłóż tą poduszkę. Słyszysz? Odłóż ale już… - jedna poduszka poleciała i cudem minęła moją głowę. – Kate, ratuj! Ona robi zamach na moje życie. I to z miśkiem w dłoni. Wychodź, że!
-Jeleniu, dziewczyny, czy naprawdę zawsze kiedy wychodzę chociaż na minutę wy musicie się kłócić? – dziewczyna wciąż walcząc z paskiem i jedną sznurówką wyskoczyła z łazienki. Ja wykorzystując chwilę wyminęłam jeszcze szalejącą Margaret i wbiegłam prędko do toalety.
-A czy ja coś mówię?
-Nie, krzyczysz. Ubierz się bo spóźnimy się na śniadanie. A tak w ogóle czy ktoś wie co pani BooRey zaplanowała na dziś? Bo wiecie, tam za ośrodkiem widziałam jezioro. Jak myślicie, pójdziemy tam?
-Wątpię, z tego co słyszałam idziemy na jakieś pochody.
-Ta. Chyba pierwszo majowe. A jak już to na podchody, Mag. – Fru, i jedna poduszka poleciała w moją stronę.
W jadalni przy stole siedzieli wyłącznie nauczyciele więc skoro przyszłyśmy pierwsze mogłyśmy wybrać sobie dowolne miejsce. Po jakimś czasie kiedy wszyscy przyszli a część zdążyła już nawet wrócić do pokoi i my udałyśmy się w tamtą stronę. Wyjęłam klucz włożyłam w dziurkę i przekręciłam. Wpuściłam dziewczyny przodem. Rzuciłam się na łóżko i leżałam.  Mag, Al i Kate grały w karty. Nagle usłyszałyśmy przekręcanie kluczyka w drzwiach i jak jeden mąż rzuciłyśmy się ku drzwiom.
-Zamknięte! – stęknęła Mag.
-I co teraz? – spytała Margaret patrząc jeszcze z zapytaniem na Kate .
-Nic. Poczekamy aż wszyscy będą wychodzić i zaczniemy krzyczeć. Ktoś nam w końcu otworzy.
-O ile ten cymbał nie wziął klucza. – stwierdziła rzeczowo Katerin.
-Ja nie mam zamiaru tu czekać. – powiedziałam. – w łazience jest duże okno my mieszkamy na parterze a jeśli wemkniemy się z powrotem po cichu do pokoju, chłopacy pomyślą że nas tu w ogóle nie było i że ich plan nie wypalił. – odpowiedziałam poczym chwyciłam bluzę i wyskoczyłam przez okno.
-Nic ci nie jest? – spytały dziewczyny wychylając się przez okno.
-Nie, nic. Skacie, tylko cicho. - na dworze zaczęło się robić szarawo. Od rana nie zanosiło się na deszcz ale teraz pogoda najwyraźniej zmieniła plany. Musiałyśmy się pośpieszyć bo jeśli ktoś przyłapałby nas zmoczone do suchej nitki to nasz plan spełzł by na niczym.
-No to co teraz? –spytała Alexis kiedy już wszystkie byłyśmy na zewnątrz. -Teraz musimy wślizgnąć się do ośrodka, zakraść się do pokoju i…
-Dwa pytania. Po pierwsze co jeśli drzwi do budynku są zamknięte, a po drugie klucz mógł już ktoś wziąć.
-To prawda. Lepiej sprawdźmy czy tam wejdziemy, jeśli nie poprosimy w recepcji o zapasowe. –zaproponowałam
-No to do dzieła która idzie pierwsza? –wszystkie oczy zwróciły się w stronę Katerin
-Co, znowu ja? –dziewczyna przewróciła oczami i pomaszerowała ku drzwiom.
-Otwarte. –szepnęła prawie bezgłośnie. –O, nie! – syknęła i prawie natychmiast się wycofała pociągając za sobą koleżanki.
-Co jest?
-Chłopacy tam stoją!
-No to przerąbane… -stwierdziłam.
-Nie koniecznie. Może zróbmy tak. Jedna z nas zapuka w drzwi, chłopcy wyjrzą na zewnątrz a my się wślizgniemy.
-I zamkniemy za sobą!
-Oj... to by było perfidne… Ale co tam. Wchodzę w to! –zgodziła się Margaret.
-Ja też o ile nie będę wykonawczynią tego waszego super planu. –Stwierdziła Kate
-Nic się nie bój teraz pójdzie Alexis
-Ubezpieczajcie tyły. –szepnęła i pomachała ręką na znak że mamy się schować za róg.
-Ej! Ofermy! Wyłaźcie! –krzyknęła tubalnym głosem i wycofała się za drzwi.
-Co jest? Kto to był? – chłopacy wybiegli z dość inteligentnymi minami.
-Chodźcie. –wyczytałyśmy z jej ruchu warg i podeszłyśmy do niej. Ja jak zwykle wparowałam tam ostatnia i zatrząsnęłam za sobą drzwi słysząc już tylko jak chłopacy wpadli akurat w drzwi jeszcze przed chwilą otwarte na oścież.
-No to teraz do pokoju! –pisnęłyśmy z radości i w podskokach wróciłyśmy do siebie.


Tak zakończyła się nasza pierwsza akcja w której dopiekłyśmy chłopakom. Parę miesięcy później miałyśmy przygody w niewielkiej j miejscowości w której moi rodzice mieli niewielki domek letniskowy. Przyjechałyśmy wtedy całą czwórką. Jak wspominałam nasz domek był mały, tak mały, że nie pomieściłybyśmy się w domu i spałyśmy pod namiotem.

Nuciarka - I żyli długo i... szczęśliwie?

„ Miłość, nienawiść, śmierć! Trzy drogi w krainie łez!”
Burza nadchodziła z północy. Szliśmy żwawo, pomimo wiatru, wzmagającego się z każdą chwilą. Uciekaliśmy. Byle dalej od Pałacu. Nie pierwszy raz uciekałam. Zanim dołączyłyśmy z opiekunką do dromaderów uciekłyśmy z wioski. Miałam pięć lat, ale takie rzeczy się pamięta. Zaczęło się od tego, że nie usłuchałam kobiety i śpiewałam w sadzie piosenkę, której nauczyła mnie dziewczynka z sąsiedztwa. Nikt nie był w stanie mnie usłyszeć. Jedynie drzewa, które i tak milczały tam od lat. Niestety, mój dar i klątwa w jednym, upomniał się o swoje. Krowy sąsiadów w oborze niedaleko miejsca gdzie przesiadywałam przestały dawać mleko. Gospodarz obwiniał mnie. Miał rację. Ale pomimo tego, że nikt mu nie uwierzył musiałyśmy wraz z opiekunką uciekać, gdyż mogli posądzić nas o czarną magie i spalić na stosie. Kobiecie nie było przykro, była na mnie zła, że jej nie posłuchałam.
            Szliśmy tak, aż zmierzch wygrał z dniem i burza gładziła okoliczne pola, strugami życiodajnego deszczu. Postój zrobiliśmy na skraju lasu ukryci za kotarą liści i konarów.
W deszczowe dni, takie jak te ja spałam w wozie Eleonory, opiekunka w domku Neala a ten dzielił barak z Edetem. Elea miała długie brązowe włosy, które co wieczór zaplatała w warkocz. Mi także plotła warkocze i opowiadała historię na dobranoc. Tak naprawdę nigdy nie czułam się za dorosła na opowieści. Zwłaszcza te Eleonory. Były tak ciekawe, że nikt nie mógł się im oprzeć.
- I choć księciu, nie było dane dożyć tej chwili, wiedział już wtedy, że wszyscy będą szczęśliwi. Koniec.
- Bardzo ładnie.
- Dziękuję. – Elea uśmiechnęła się życzliwie i położyła się naprzeciw mnie.
- Jak myślisz, czy król będzie nas ścigał?
- Nie, nie sądzę. Będą się bali. Ale oto będziesz musiała spytać Edeta.
- Tak zrobię.
- No, a teraz śpij.
- Dobranoc.
- Dobranoc, Sealy.
Następnego ranka obudził mnie hałas na zewnątrz. Spojrzałam na posłanie Eleonory. Było puste. Włożyłam na siebie płaszcz i wybiegłam. Gdy otworzyłam drzwi spojrzenia wszystkich skupiły się na mnie. Mówiąc wszystkich miałam na myśli moich współ towarzyszy i… no właśnie, kogo?
- Sal! To pułapka! Śpiewaj! Nie mamy, wyjścia, śpiewaj! – krzyczała opiekunka.
- Słyszałaś, głupie dziecię?! Śpiewaj! – tym razem był to Neal. Cała czwórka stała związana.  Obok nich  sterczała grupa bandytów, którzy prawie dusili się ze śmiechu. Tego była za wiele.
- Co was tak bawi? – spytałam skupiając się by mój wzrok był jak najbardziej wyzywająco- grożący.
- Zadałam wam p y t a n i e . – tym razem zdębieli całkiem. Nie chcąc już tracić czasu po prostu pomyślałam o muzyce, o sadzie o wszystkim co kochałam. I tak z moich ust wydobył się dźwięk…
- …A dźwięk ten poruszył ziemię i zatrzęsła się ona. Poruszył też drzewa i szumieć zaczęły złowrogo. Poruszył też serca wybrane, w które strachu tchnął promienie. I zlękli się zbóje, w popłochu uciekli i nie wrócili… - tak głosić będą wszystkie historie. Edet uśmiechnął z satysfakcją.
- Myślisz, że ktoś w to uwierz?
- Dlatego musimy pokładać nadzieję w wiarygodność Neala. Pójdzie do najbliższej wioski i opowie jak to zmierzyłaś się sam na sam z bandą rabusiów, za broń mając jedynie śpiew.
- Będziemy bezpieczniejsi, jeśli historia Nuciarki rozniesie się po świeci.
- To znaczy, że od teraz, będziemy żyć długo i szczęśliwie? Że to już koniec?
- Nie. To dopiero początek.


Koniec cz. III

piątek, 27 grudnia 2013

Saeyl - Nuciarka cz. II

Ktoś stojący z boku i patrzący wtedy na nich, mógł by śmiało powiedzieć, że ich kolorowe biedne wozy i swobodne rozmowy, zupełnie nie pasowały do idealnie białego placu i ciszy spowijającej wszystko i wszystkich. Grupa sztuk mistrzów ustawiła się w łuk odpowiadający temu z krzeseł, po czym rozłożyli sprzęt i czekali. Po dłuższej chwili do , fanfary i donośny głos dworzanina;
- … Króla Nerina  i Królową Victorię! – po tych słowach na dziedziniec wkroczył tęgi mężczyzna, ubrany w bogato zdobione szaty a u jego boku szła, a wręcz płynęła kobieta o włosach koloru miedzi i oczach niczym niebo po burzy. Na jej skroniach spoczywał srebrny diadem wyglądem przypominający pnącza, które rosły niegdyś na ścianach ruin, który dziewczyna widziała wiele lat temu.
- A więc. – zaczął król. – Witamy was w naszym królestwie mili przybysze. Pokażcie co dla nas przygotowaliście. – władca usiadł wygodnie na tronie i patrzył z nieukrywanym znudzeniem.
- Wasza wysokość, pozwól, że wystąpię jako pierwszy. – Neal ukłonił się nisko i rozpoczął swoje przedstawienie. Nuciarka znała je na pamięć, zawsze to samo. Z początku zabawiał wszystkich wygłupem z kartami, potem przechodził do czegoś takiego jak znikanie w czarodziejskiej szafie. Do tego potrzebna była ona. Po nim przychodziła kolej na Ele. Najpierw hipnotyzował kogoś z publiczności, później wmawiała mu, że jest szympansem albo skowronkiem. Edet przepowiadał przyszłość i po jego pokazie wszyscy wychodzili na scenę kłaniali się i uśmiechali. Król wstał zrobił poważną minę i powiedział.
- Brawo. Naprawdę macie talent.
- Dziękujemy wasza Wysokość, wiele ćwiczyliśmy i…
- Ale oczekiwałem czegoś więcej. Gdzie jest ta, okryta złą sławą Nuciarka? – po twarzy opiekunki przebiegła strach.
- Panie, proszę… - zaczęła kobieta słabym, łamliwym głosem. – wiesz zapewne, że jej głos może nawet zabijać. Nie karz jej śpiewać, gdyż obawiam się, że…
- Zabijać, powiadasz? – przerwał jej Nerin. – Opowiedz mi jak to działa. – w jego oczach malowało się zaciekawienie pierwsze chyba tego dnia.
- Nie mam pojęcia. Tej małej nigdy nie wolno było śpiewać od trzeciego roku życia. Nikt nigdy nie zgłębił jej mocy.
- Łżesz! Do lochu z nią! A dziewczynę…
- Nie! – Nuciarka stanęła pewnie patrząc prosto w oczy władcy. – Ona nie kłamie. Nawet ja nie wiem czego mogę dokonać. Puść ją Królu… proszę. – dodała po chwili zdając sobie sprawę, że nie wypada, rozkazywać królowi nawet jeśli jest głupi.
- Jak cię zwą? – spytał już spokojniejszy.
- Saeyl.
- Na zdrowie. Powiedzmy Sal. Będzie łatwiej. Zaśpiewaj nam, proszę Sal.
- Nie mogę, nie chce nikogo skrzywdzić.
- Śpiewaj albo, bez wątpienia twoi przyjaciele, zginą śmiercią nie uniknioną. – powiedział. Dziewczyna ze smutkiem spojrzała po twarzach swoich towarzyszy. Łzy zaszkliły jej oczy.
- Co mam zaśpiewać? – król uśmiechnął się z satysfakcją.
- Może… Pieśń Driad. Znasz? Tak? Słuchamy. – dziewczyna zamknęła oczy, i przywołała obraz lasu. Duchów drzew i ich muzyki. Z jej ust wypłynął dźwięk czysty niczym, źródła górskie i piękny jak wiosna. Nagle posadzka zadrżała i ściany się zatrzęsły Saeyla wyglądała jakby wpadła w trans. Wciąż śpiewała i stała nieugięta na prośby Króla Nerina. Tymczasem magicy pakowali się w popłochu, ciągnąc jednocześnie dziewczynę ku bramie.
- Saeyl! Zbudź się!! Przestań śpiewać, bo wszyscy zginiemy! – krzyczała opiekunka - Dziewczyna zamilkła. Otworzyła powoli oczy i rozejrzała się dookoła.
- Co się dziej? – spytała zdziwiona.
- Twój śpiew burzy pałac. Musimy uciekać ! – kobiety wybiegły z poza murów zamku, odwiązały osiołki stojące przed bramą i dogoniły resztę magików.
- Prędko. Zanim straże pałacowe zorientują się, że to jej sprawka i ruszą za nami w pościg. – powiedział Neal.
- To nie jej wina. Próbowała nas ratować. – broniła ją Eleonora.
- Teraz to nie ważne musimy się gdzieś ukryć. Jutro pomyślimy co dalej.


Koniec cz. II

czwartek, 26 grudnia 2013

Opowieść o Nuciarce

Spójrz tu, jestem więźniem moich snów. Gdy dzień się kończy, a ciemność Cię spowije spójrz tu, jestem więźniem moich snów…

Czasem mam wrażenie, że droga nie ma końca. Po części to prawda.
            Zatrzymaliśmy się na łące tuż przed pierwszymi zabudowaniami Reqium. Usiadłam obok powozu Iluzjonisty. Obserwowałam jak wszyscy krzątają się dokoła i rozbijają obóz. Ile razy widziałam te same czynności na tle różnych krajobrazów? Nie wiem, już nie liczę.             Spojrzałam na swoją opiekunkę, która z nieznanych mi powodów, dołączyła do tego obozu Dziwolągów, jak nazywali nas ludzie z zewnątrz. Każdy tutaj miał jakiś dar. Była dziewczyna, która spojrzeniem zmuszała do wykonywania swoich poleceń, był starzec z mocą przepowiadania przyszłości. Był Iluzjonista, którego sztuczek nikt nie rozgryzł. Byłam też i ja. Potrafiłam śpiewać. Śpiew ten mógł zabijać lub ożywiać. Cieszyć i smucić. W obozie nie wolno mi było śpiewać, gdyż każdy obawiał się kolejnej katastrofy. Nie przeszkadzało mi to. Nigdy nie lubiłam śpiewać, przynajmniej w czyjejś obecności. Zapadał zmierzch i pośrodku obozowiska rozpalono ognisko. Ludzie siadali koło siebie i opowiadali historię jeden po drugim. Pierwszy zawsze był Edet. Staruszek co wieczór opowiadał tą samą bajkę o wielkim królu którego syn wyruszył na wojnę. Z wojny nie wrócił żywy i król z rozpaczy rzucił się w odmęty oceanu. Podobno do dziś wabi statki wrogiego królestwa na skały i kieruje ku zgubie. Po Wróżbicie kolej na Eleonorę. Jej opowieść często przybierają formę ballad z morałem. Ja nie opowiadam, nie mam o czym. Co mogło przydarzyć się takiego w ciągu osiemnastu lat życia co warto opowiedzieć? Co mogła bym wiedzieć by móc powiedzieć tym którzy wiedzą więcej? No właśnie. Nic.

***

 Pierwsze promienie słońca wyglądały już zza wysokich gór kiedy ruszaliśmy w dalszą drogę do Pałacu. Moja opiekunka i ja szłyśmy na końcu pochodu prowadząc dwa osiołki niosące jeden namiot i zapasy żywności. Nie miałyśmy wozu, bo i poco byłby on śpiewaczce, która nie śpiewa i prostej kobiecie? W południe Neal Wielki Iluzjonista zapukał do bram Zamku. Po chwili czekania w nienaturalnej ciszy otworzyły nam straże pałacowe.
- Czego? – spytał jeden z gwardzistów patrząc nie ufnie na grupkę przybyszy.
- Jesteśmy objazdową Grupą Sztuczko –Mistrzów. Przybyliśmy by zabawiać Królewskie Moście. – Odpowiedział Edet.
-  Macie ze sobą Nuciarkę?
- Słucham? – spytał zdziwiony starzec.
- Czy jest z wami dziewczyna która śpiewa, głupcze!!
- Ach, tak, oczywiście… Jaka dziewczyna?
- Nie ważne. Porozmawiacie z władcą, już czeka. – zrezygnowany otworzył bramę i cofnął się o krok. Dziedziniec był duży, przestronny wyłożony marmurem. Krzesła ustawiono półkolem.
- W życiu czegoś takiego nie widziałam! – pisnęłam opiekunce na ucho.
- I mam nadzieję, że więcej nie zobaczysz. – dopiero wtedy zwróciłam uwagę, że jest smutna i przygnębiona.

Koniec cz. I


Iluzjum

Witajcie. Jestem Elizabeth, mam 15 lat i głowę pełną pomysłów!! Czytajcie mojego bloga a zapewniam, że nie pożałujecie. Dlaczego? Ponieważ piszę... baśnie! Wiem to może trochę dziwne jak na mój wiek ale robię co mogę, żeby to co przyjdzie mi do głowy nie było kolejnym stekiem bzdur jakich jest pełno w internecie. Chce, żeby czytając moje opowiadania oczyma wyobraźni widzieć te wszystkie wspaniałe krainy i ich niesamowitych bohaterów. Są święta i ma dużo wolnego, więc posty będą pojawiać się dość często. Zapraszam, o to moja pierwsza historia.
P.S Iluzjum to w jednym z moich opowiadań znaczyło " Witajcie !!" :)