niedziela, 29 grudnia 2013

Kopciuszek - trochę inaczej ;)

Dawno, dawno temu… no może trochę wcześniej, za górami, za lasami… no może nie tak daleko, żyła sobie macocha. Z tytułu i charakteru. Macocha miała trzy córki w tym jedną pasierbicę. Jej ojciec zmarł śmiercią straszną. Obudził się w złym miejscu o złym czasie i zobaczył swą żonę bez makijażu. Niestety, to był zawał. Mężczyzna zginął na miejscu.
            Wracając do macochy. Powiedzmy sobie szczerze. Nie była to kobieta urodziwa ani specjalnie błyskotliwa, dość rozrzutna bo willa popadała w ruinę. Za to na córki wydawała majątek. Co do małej sierotki Jule zwanej również Kopciuszkiem, muszę przyznać jej żywot nie malował się w różowych barwach. Od śmierci jej ojca była na każde skinienie M&S, ( macochy i sióstr) zajmowała się gospodarstwem, sprzątała, gotowała, no po prostu pełen pakiet. Mimo wszystko Jule zawsze była pogodna i znosiła wszystko z melodią na ustach…
Każdego czwartkowego popołudnia, kiedy macocha i jej córki wychodziły Kopciuszek zostawał sam z masą pracy. Oczywiście pomagały jej słodkie zwierzątka, które wylizywały talerze do czysta prały ubrania w rzece i zamiatały podłogę puszystymi ogonkami… Taka jest wersja dla dzieci ale ja i tak podejrzewam ją o firmę sprzątającą, bo dziczyznę to ona jadała na kolację. Bądź co bądź gdy tylko miała wolne, dziewczyna wychodziła do ogrodu i tam przy płocie spędzała czas na rozmowie z zaprzyjaźnionym ogrodnikiem sąsiadów, Coinem. Był to chłopak o blond włosach, zielonych oczach i dość „interesującym” wyrazie twarzy. Wszystkie swe nie doskonałości zdawał się rekompensować poczuciem humoru, spokojnym uosobieniem i ogólnie urokiem osobistym. Jule każdą wolną chwilę spędzała właśnie z nim. Chodź nie zawsze gdyż bywały i takie dni kiedy wolała towarzystwo siedmiu zabieganych karłów i Śnieżki, która po latach błogiego spokoju przypominała białą bezę. Pewnego dnia przybył jeden z dworzan Króla z informacją, iż wszystkie panny na wydanie mają stawić się nazajutrz na balu na, którym Książę wybierze sobie żonę. W tymże dniu kiedy przybył posłaniec M&S nie było znów w domu. Kopciuszek nie była specjalnie wredna ani mściwa lecz gdy nadarzała się okazja by im zrobić na złość zwykle jej nie przepuszczała. Tym razem postanowiła, że nie będzie niepokoić macochy i pojedzie sama…
            Następnego dnia miał odbyć się owa impreza na który przybyć miały damy z czterech stron świata. Jule  gdy tylko M&S zasnęły pobiegła by przyszykować karocę i wóz niestety, uświadomiła sobie, że nie ma sukni, no a przecież w tej nie pojedzie. Zapłakana i zawiedziona Kopciuszek pobiegła na grób ojca by wyżalić się nocy…
 Nagle, mad jej głową coś zaszeleściło, zabłyszczało i jej oczom ukazała się młoda, jasnowłosa dziewczyna z pełnym makijażem. W ręku dzierżyła purpurową różdżkę a zza ramion wychylała się para skrzydeł.
- ktoś ty? –zaskoczony Kopciuszek podniosła oczy na istotę siedzącą na drzewie po turecku.
- Diana, twoja najlepsza Dobra Wróżka, we własnej osobie a ty pewnie jesteś Jule?
- tak, tyle, że ja myślałam, że dobra wróżka jest starsza –przyznała
- ach te stereotypy… ciotka nie mogła się zjawić. –dziewczyna sfrunęła z drzewa i zmierzyła klientkę wzrokiem. –jaki masz rozmiar złotko? No bo wiesz, nie wypada się spóźnić, prawda?
- o czym ty mówisz? –spytała zaskoczona
- jak to o czym. O balu ma się rozumieć! No ale widzę, że ktoś tu niema kiecki, hę? –po tych słowach zamachnęła się różdżką i po chwili stała przednią ta sama Jule w zupełnie nowej przepięknej czerwono-zielonej sukni z motywem arbuza. –podoba się?
- tak, nawet bardzo, dziękuje ale teraz już muszę lecieć bo się spóźnię a nie wypada. –Kopciuszek uśmiechnęła się do Diany porozumiewawczo i pobiegła ku karocy.
- Jule! – krzyknęła –zapomniała bym. Pamiętaj, wróć przed północą dałam ci w prezencie woźnicę ale jest płacony do pierwszej ale musi cie jeszcze przywieść z powrotem.
- dzięki! – po tych słowach dziewczyna zatrzasnęła drzwi i ruszyli.
            Na dziedzińcu gromadziły się już tłumy. Jule wędrowała  korytarzami aż doszła do wielkiej Sali balowej gdzie po zaanonsowaniu zeszła szerokimi marmurowymi schodami. I właśnie wtedy on ją ujrzał. Dziewczynie wydawało się, że dosłownie do niej płynie. Nagle stanął, ukłonił się i… uśmiechnął. Nie wiedziała gdzie spojrzeć. Co przystanek to ząb.
            Szczerze? Jeszcze nigdy nie widziałam żeby ktoś tak szybko biegał w dziewięcio centymetrowych szpilkach. No ba, a były od Gucciego. Kiedy kopciuszek dotarła do karocy sama usiadła za sterem i popędziła konie na wszelki wypadek, gdyby czasem  Księciuniowi wpadło do głowy by ją czasem gonić.
            
                              Epilog

O swoim wyjściu nikomu nigdy nie mówiła. Po paru miesiącach Coin poprosił Jule o rękę i razem uciekli do dalekiej rodziny Kopciuszka, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie! ( oprócz macochy i wrednych sióstr).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz