Pierwszy dzień
w Gatlin a ja już miałam plan...
Po obiedzie moi rodzice ogłosili
że wybierają się do sąsiadów na grilla i wrócą pod wieczór. Jasne, już to
widzę. Znałam ich nie od dziś i wiedziałam że wrócą późną nocą. Tak więc
kazałam spakować moi kumpelom apteczkę, suchy prowiant i swetry gdyby się
zrobiło chłodniej. Najlepsze było to że nie ujawniłam dokąd się wybieramy…
- Czemu nie chcesz nam
powiedzieć? – dopytywała się Kate. – i tak się w końcu dowiemy.
- No bo to niespodzianka! Jak
miała by być niespodzianką skoro będziecie wiedzieć co to za niespodzianka, hm?
- A jak twoi rodzice wrócą
wcześniej? – oczywiście Alexis nie była przekonana choć nawet nie wiedziała co
się kroi.
- Nie wrócą. Będą tam ich znajomi
i reszta sąsiadów. Szykuje się większa impra. Dobrze o ile wrócą dziś. – tak
więc dziewczyny (niezbyt przekonane ale z braku innej możliwości bo zostać same
w namiocie chyba też nie chciały) ruszyły za mną wzdłuż rzeki.
- Daleko do tej NIESPODZIANK? –
spytała Mag. – bo wiesz, robi się coraz ciemniej.
- Spokojnie. Widzisz ten stary
most kolejowy na horyzoncie?
- I to tam idziemy?
- Nie, po prostu musimy nim
przejść. Potem na drugim brzegu cofniemy się trochę i będziemy na miejscu.
Spodoba wam się. – i tak w ciszy przeszłyśmy tą drogę do mostu. Potem zaczęły
się „schody”.
- Jak ty chcesz wejść na ten
most? Przecież tu nawet nie ma schodów.
- No pewnie, że nie ma schodów.
Po co komu schody w szczerym polu prowadzące na sypiący się most? Musimy się
tam wspiąć. – ja mając (nie wielką ,ale zawsze) wprawę rozpędziłam się
wskoczyłam na stromy wał i chwyciłam się małej brzuski rosnącej w połowie
drogi. Resztę przeskoczyłam odbijając się od drzewka.
- A co z nami? – Margaret
spojrzała na mnie z ukosa. – jak mamy tam wejść?
- Nie możecie tak jak ja ? – tym
razem wszystkie trzy spojrzały na mnie jak niespełna rozumu. – No dobra. Żuć mi
plecak. – Mag odsunęła się o krok i z pół obrotu wyrzuciła plecak w górę.
Chwyciwszy go wyjęłam z niego linę, którą wcześniej wzięła Kate. Jednak się do
czegoś przyda.
- Wchodźcie. – jeden koniec
przywiązałam do drzewa, drugi zrzuciłam im. - Alexis jako pierwsza wdrapała się
na górę poczym rozglądając się spytała;
- To gdzie ta niespodzianka?
- O tam. – powiedziałam,
wskazując kępę drzew kilka metrów dalej. – Pośpieszcie się, nie lubię chodzić
po tej stronie rzeki w ciemnościach. – odwróciłam się i ruszyłam w wskazanym
przeze mnie wcześniej kierunku. Droga nie była długa, więc chwilę później
byłyśmy na miejscu. Przed nami rozciągała się łąka a dalej pola, po prawej
wysoki na pięć metrów wał. Po lewej zaś miałyśmy rzekę. Stałyśmy nad brzegiem
zatoczki dość zarośniętej ale mimo to zaczęłam się przedzierać przez zarośla.
- Dalej, ruszcie się nie mam
zamiaru spędzić tu nocy. – Cała trójka choć niezbyt skwapliwie ruszyła w moim
kierunku. Za trzcinami ukryta była kłoda łącząca brzeg i…
- To wyspa! Jak ją znalazłaś? –
Alexis z szeroko otwartymi oczami zbiegła z kładki i zeskoczyła na ziemię.
- To nie ja ją znalazłam tylko
moja koleżanka. Wiele lat temu kiedy pływałyśmy z jej wujkiem łodzią po rzece
utknęliśmy na mieliźnie właśnie przy tej kępie trzcin. Wyszliśmy na brzeg i
znaleźliśmy to.
- Rozpalimy ognisko? – spytała
Alex ruchem głowy wskazując palenisko na środku i pniaki dookoła.
- Jasne. Zwędziłam z domu chleb.
Kiełbasy niestety nie było. – ogień rozpaliła Mag bo tylko ona miała zapałki,
poczym siadając spytała.
- Czy tylko my wiemy o tej
wyspie? Znaczy, oprócz tej twojej koleżanki?
- Tak. Ale to tajne miejsce i
dziwę się że wy tu jesteście. – wszystkie jak na komendę aż podskoczyłyśmy.
Cała wyspa ciasno otoczona była zaroślami, nie byłyśmy więc w stanie zauważyć
jak ktoś się zbliża. Bo przy wyjściu stał Luer.
- Spoko, one są tu przejazdem.
Nie należą do bandy Diany. – powiedziałam.
- Do kogo?
- Gatlin to mała miejscowość. Są
tu tylko dwie szkoły. Gimnazjum i liceum, podstawówka jest w pobliskiej wsi.
Każdy z tych szkół (oprócz podstawówki) należy do „elity” Diany Sirth, czyli
tych starszych albo do bandy Luer’a. Luer jest bratem bliźniakiem mojej koleżanki,
która znalazła tą wyspę. Amandy. Dlatego o niej wie. – dopowiedziałam.
- Bliźniacy nie mają przed sobą
tajemnic. – chłopak obrzucił dziewczyny swoim „magicznym” uśmiechem.
- A ty? – Mag zaciekawiona
oderwała wzrok od przybysza i spojrzała na mnie. – Do której należysz?
- Ja tu nie mieszkam, ale że
bywam tu dość często i znam znaczną część Gatlin’skiej młodzieży jestem kimś w
rodzaju łącznika między jednymi a drugimi.
- Jest uniwersalna ale raczej
należy do nas. – wtrącił Luer, poczym patrząc na zegarek odwrócił się do
wyjścia – Nie żebym was wyganiał czy coś
ale jest już ciemno, jak chcecie to was kawałek odprowadzę.
- Dzięki. Chodźcie,
dziewczyny tylko zgaście ogień. – I tak
ruszyliśmy w drogę powrotną rozmawiając i śmiejąc się gdy nagle…
- Słyszeliście? – szepnęła Alexis
– coś jakby warczenie.
- Dziewczyno nie strasz – Luer
uśmiechnął się szyderczo.
- Nie, no. Ja mówię serio - wszyscy powoli odwróciliśmy się we wskazanym
wcześniej kierunku.
- Ale tu nic nie ma. Zdawało ci
się. – Katerin nie wyglądała na przekonaną.
- Ej, dziewczęta. Nie chce wam
niszczyć poglądów politycznych która ma rację ale według mnie powinniśmy zrobić
odwrót taktyczny. Nie inaczej. – powiedział powoli Luer.
-
Że co?
- Wiejcie! – jak jeden mąż
rzuciłyśmy się w kierunku z którego przyszłyśmy. Niestety nie wszystkie
biegaliśmy jak maratończycy.
- Mag!! Pośpiesz się!!
- Ja… już… po prostu… nie mogę! –
Alexis podbiegła do niej, wzięła za rękę i razem ruszyły pędem. – po chwili
wszyscy znaleźliśmy się na starych torach.
- A ze mną to tak wchodzić nie
łaska? – wysapałam.
- To akurat… było wejście…
ewakuacyjne… - odpowiedziała równie zmęczona Al.
-
No a czy ktoś wie co to było?
- Psy. – odparł chłopak.
- Acha. To dużo wyjaśnia.
- A tak na serio – podjęłam
rozmowę –psy starego Witmora. Ten stary wariat ma leśniczówkę po tej stronie
rzeki. Musiał spuścić swoje wilczury na noc, które zapuściły się aż tutaj.
- Daleko stąd do tej leśniczówki
zapytała Mag, która już ochłonęła i miała ochotę nagadać właścicielowi tych
zwierząt. Mag jest bardzo podobna pod tym względem do swojej babci. W sumie?
Żal mi już tego człowieka.
- Nie wiem i nie zamierzam tu
stać i czekać aż te bestie nas dopadną. Idziecie ?
- Wy tak. Ja muszę się tu z wami
pożegnać.
- Ale jak to? Chyba nie
zamierzasz tam wracać?
- Nie, nie zamierzam. Dzięki za
troskę. – Luer uśmiechnął się a Kate oblana rumieńcem dołączyła do mnie, gotowa
wyruszyć w drogę.
- Mieszkam po drugiej stronie
wału. Tam w tych domkach. – mówiąc to wskazał migoczące światła kilkadziesiąt
metrów dalej.
- I my musimy już wracać. Trzymaj
się, . – uśmiechnęłam się tajemniczo i
ruszyłam w kierunku drugiej strony mostu. Dziewczyny po krótkim pożegnaniu
poszły w mój ślad.
- Łowco?
- To długa historia. Ale to już
nie na dzisiejszą noc. – a noc była piękna. Niebo iskrzyło się tysiącem małych
gwiazd i gwiazdeczek. A przed nami lśnił księżyc. I tylko dalekie nawoływanie
sokołów mąciło nie przerwaną ciszę w Gatlin…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz