„Carmen – mówią – Carmen, nie mów tak. Nie rób tak. Nie żyj tak.”
Co ja na to? Po prostu uciekam. Mówią też, że nie potrafię
stawić czoła światu. Ale ja robię to co dnia.
Zacznę od
początku. To mój koniec. Umieram i walczę ze światem każdego dnia. Nie
dosłownie umieram. Ale coś we mnie umarło. Nie rozumiesz? Nie oceniaj, poznaj
całą historię.
Świat się
zakołysał, zachwiał. Wypadł z toru. A ja wciąż nie potrafię wrócić do gry.
To że, się zgubiłam wiedzą wszyscy. Ale nie zawsze tak było.
Świat wie od pół roku. Depresja wie od roku. Co mi jest? Zabrano mi to co
kochałam. Sport. Było moim życiem. Jest różnica między tym co jest twoim życiem
a co wypełnia twoje życie. Perkour wypełniał każdy mój dzień. Teraz każdy
pierwszy wtorek miesiąca wypełnia moja kuratorka. Plisowana spódnica, trykotowy
podkoszulek i koszula w stylu ‘właśnie wstałam z łóżka’. Myśli, że jest cool.
Wygląda żałośnie. Na tyle żałośnie, że jej tego nie mówię. Jestem ponad to.
Byle do środy. Adrianna – bo tak się nazywa moja kuratorka uważa, że powinnam,
znaleźć sobie prawdziwy sport. Ale nie ma nic prawdziwszego kiedy biegniesz po
dachu czujesz wiatr i dym z kominów. Wiesz, że pod tobą, znajdują się ludzie
nie świadomi tego jak może być świetnie. Ale, ja musiałam mieć oczywiście
wpadkę. Wszystko przez tego gówniarza, który się przyczepił. Gdyby nie walnął
czołem w tamtą ścianę ja wciąż mogła bym mieć cały świat w dupie i robić swoje.
Ale nie. Zachciało mi się kursów dla nieletnich. W sumie sama jestem nie letnia.
* podobało się? gotowi na dalszą część?
Eliz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz